|
Nie możesz przeczytać? Skorzystaj z odtwarzacza i posłuchaj!
Getting your Trinity Audio player ready...
|
Panie Prezesie, w głośnym wywiadzie dla Pulsu Biznesu Przemysław Gdański, prezes BNP Paribas, zasugerował, że krytyka sektora bankowego może mieć swoje źródła w antysemityzmie. Jak Pan to odbiera?
Mariusz Galewski: Nie mogłem uwierzyć, że padły takie słowa – nawet jak na realia bankowej arogancji. Jeżeli ktoś na poważnie twierdzi, że kilkaset tysięcy frankowiczów walczących o unieważnienie toksycznych umów kredytowych motywuje się uprzedzeniami etniczno-religijnymi, to znaczy, że coś poszło bardzo źle – i to nie po stronie klientów. Tu chodzi o realne ludzkie dramaty, stracone pieniądze, utracone zdrowie, rodziny rozbite przez długi. A prezes BNP Paribas rzuca absurdalną tezę, byle nie rozmawiać o tym, co najważniejsze – banki w Polsce przez lata masowo dopuściły się rażącego naruszenia przepisów prawa.
Proszę mi wierzyć — nikt nie idzie do sądu, bo „nie lubi banków”. Idziemy tam, bo przez lata byliśmy wprowadzani w błąd. Bo dano nam do podpisania umowę, której nawet pracownicy banków nie potrafili wytłumaczyć. Bo nasze życia zostały wywrócone do góry nogami przez produkty, które intencjonalnie przerzucały na nas nadmierne i toksyczne w skutkach ryzyko.
Mówimy „dość” nie dlatego, że „nie lubimy oddawać pieniędzy”, lecz dlatego, że mamy dość manipulacji, braku odpowiedzialności i spychania winy na klientów. I banki doskonale o tym wiedzą, że to żadne uprzedzenia – to obywatelski sprzeciw wobec chciwości banków.
Banki oficjalnie od lat utrzymują, że nie było żadnego oszustwa. Że wszystko odbyło się zgodnie z prawem, a klienci „wiedzieli, co podpisują”. Tymczasem tysiące wyroków sądów powszechnych w Polsce, nie wspominając o wyrokach Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, jednoznacznie wskazują: te umowy były nieuczciwe.
M.G.: To klasyczny przykład zderzenia propagandy z rzeczywistością. Banki do dziś uparcie bronią konstrukcji, które zostały już jednoznacznie obnażone jako abuzywne, nieuczciwe i sprzeczne z elementarnymi zasadami prawa konsumenckiego. W swojej narracji próbują zrzucić winę na klientów, sugerując, że „byli za mało wyedukowani”. Ale przecież nawet sędziowie – ci, którzy na co dzień pracują z najbardziej skomplikowanymi przepisami – w uzasadnieniach wyroków wprost przyznają, że mechanizmy indeksacji i waloryzacji są dla nich nieczytelne. Co więcej – mamy liczne przypadki, gdzie sami pracownicy banków przyznawali przed sądem, że nie potrafili wytłumaczyć klientowi, jak dokładnie działa jego kredyt.
Więc kogo tu oszukujemy? To nie jest problem „niewyedukowanych obywateli”. To efekt świadomego projektowania umów w taki sposób, by zwykły konsument – nawet dobrze wykształcony – nie był w stanie zrozumieć zasad gry, w którą go wciągnięto. Te zawiłości nie były błędem. One były narzędziem. A obowiązkiem banku było nie tylko udzielić kredytu, ale zadbać, by klient rozumiał, co podpisuje. Tymczasem klient rozumiał tyle, ile mu powiedziano – a powiedziano niewiele, często nieprawdę.
Sądy – polskie i europejskie – nie mają już co do tego wątpliwości. Tysiące prawomocnych wyroków, orzeczenia TSUE, wszystkie one wskazują jednoznacznie: to nie były uczciwe kredyty. To były pułapki finansowe, misternie zaprojektowane, by zyskiwał tylko jeden gracz – bank. A ryzyko? Przerzucono je całkowicie na barki konsumenta, który nie miał ani narzędzi, ani informacji, by to ryzyko realnie ocenić.
Jak to się w ogóle stało, że Pan, jako frankowicz, zdecydował się pozwać bank?
M.G.: Tak się składa, że znałem założyciela społeczności ŻBK Kamila Chwiedosika jeszcze z dawnych lat. Któregoś dnia przyszedł do mnie i powiedział, że z tymi umowami frankowymi coś jest nie tak. Zaczął mi to wszystko pokazywać, tłumaczyć i mówi: „Może trzeba pozwać ten bank?”. Ja na to: ale jak to – pozwać bank? Jak w ogóle pozwać taką potężną instytucję? To był 2017 rok, kiedy jeszcze nikt nie wierzył w to, że można skutecznie unieważnić te umowy. A BNP Paribas wtedy uchodził za absolutnie nietykalny, nie do ruszenia. To wszystko wydawało się absurdalne.
Jednak argumenty Kamila były na tyle przekonujące, że postanowiłem mu zaufać. Szczególnie że było we mnie dużo złości – bo czułem się zwyczajnie oszukany. Coś we mnie pękło. Pomyślałem: nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, to muszę spróbować – choćby po to, żeby nie czuć się bezsilnym, żeby zawalczyć o elementarną sprawiedliwość. Ta jego pewność, że mamy szansę wygrać, była przełomowa. Pomyślałem: „OK, spróbujmy. Idźmy z tym. Co mam do stracenia – skoro już tyle straciłem?”. I to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu.
Czy ten pierwszy krok – decyzja o pozwaniu banku – był przełomowy nie tylko dla Pana, ale i dla późniejszej działalności Fundacji Na Rzecz Ochrony Konsumentów Życie Bez Kredytu?
M.G.: Zdecydowanie. Ta decyzja zmieniła wszystko. Bo kiedy człowiek sam przejdzie tę drogę, od wątpliwości po zwycięstwo, zaczyna rozumieć, jak bardzo inni potrzebują wsparcia. Po mojej pierwszej wygranej odezwało się do mnie mnóstwo ludzi – znajomi, dalsi znajomi, zupełnie obcy – z pytaniem: „A jak to zrobiłeś?”, „Czy mogę jakoś zawalczyć o swoje?”. Zrozumiałem, że to nie jest tylko moja historia – to historia nas wszystkich. Właśnie wtedy narodziła się idea Fundacji.
Jakie były największe przeszkody na drodze sądowej?
M.G.: Czas i manipulacja banku. Przeciąganie spraw, składanie setek stron dokumentów, wnioskowanie o przesłuchania, które nic nie wnosiły, tylko miały zniechęcić i zmęczyć. Ale najtrudniejsze było to, że bank cały czas próbował przedstawiać mnie jako kogoś, kto „wiedział co robi”, jako spekulanta, który teraz „nie chce płacić”. To było dla mnie nie tylko fałszywe, ale też osobiście upokarzające. W końcu to ja byłem ofiarą, a próbowano zrobić ze mnie cynika.
A jak Pan się czuł, gdy zapadł pierwszy wyrok?
M.G.: To był moment, który wyrył się we mnie na zawsze. W jednej chwili cała ta bezsilność, którą latami tłumiłem, znalazła ujście – bo ktoś wreszcie nazwał rzeczy po imieniu. Niezależny sąd potwierdził, że to nie ja zawiniłem, tylko bank. Pojawiła się ulga, satysfakcja, ale też coś głębszego – wzruszenie, że ta nierówna walka miała sens. Przez lata czułem się jak samotny głos w tłumie, a ten wyrok był jak zapalenie światła w ciemnym tunelu. Pokazał nie tylko mi, ale i tysiącom innych frankowiczów, że można wygrać. Że nie jesteśmy skazani na milczenie i pokorę wobec chciwości systemu.
I potem przyszła druga wygrana – z tym samym bankiem. Jak zareagował BNP Paribas?
M.G.: Próbowali jeszcze coś ugrać, odwlekać, przekonywać, że „sprawy są różne”. Ale nie było już gdzie uciec – sąd jasno wskazał na nieuczciwość konstrukcji umowy. Ich linia obrony zaczęła się po prostu sypać. Mam wrażenie, że wtedy właśnie bank zdał sobie sprawę, że ten mur pęka – i że już nie uda się go łatwo zacementować medialnymi hasłami czy groźbami wobec klientów. To był ogromny sukces, bo kredyt został prawomocnie unieważniony na zasadzie teorii dwóch kondykcji.
Dlaczego ta wygrana była aż tak przełomowa – przecież już wcześniej zapadały wyroki unieważniające kredyty na zasadzie T2K?
M.G.: Owszem, ale moja sprawa była pierwszą, w której udało się unieważnić umowę na zasadzie T2K zawartą z BNP Paribas. To był przełom – bo wcześniej sądy w sprawach BNP zazwyczaj stosowały teorię salda, która nie była korzystna dla klientów, albo orzekały tzw. odfrankowienie, czyli przekształcenie kredytu we frankach na złotówkowy, co nadal wiązało się z pewnym ryzykiem. A bywało też tak, że pozwy były po prostu oddalane. Tymczasem tutaj sąd jasno wskazał na nieważność umowy i jednocześnie zastosował najkorzystniejszą dla kredytobiorcy metodę rozliczenia. To był ogromny sukces – nie tylko mój, ale całej społeczności frankowiczów. I sygnał, że można wygrać nawet z bankiem, który wcześniej wydawał się nie do ruszenia.
Odnośnie medialnych haseł, o których Pan wcześniej wspomniał, jak Pan odebrał reakcję środowiska bankowego na lawinę przegranych procesów?
M.G.: W większości przypadków – arogancja, ignorancja albo udawanie, że problem nie istnieje. No i oczywiście – propaganda. Przykładem jest wspomniany już wywiad prezesa Gdańskiego. Zamiast zmierzyć się z zarzutami – mamy próbę odwrócenia uwagi i stygmatyzacji środowiska frankowiczów. To pokazuje, że banki nie są jeszcze gotowe do przyznania się do błędu. Albo raczej: nie chcą być gotowe, bo to by oznaczało konieczność realnych rozliczeń.
Jak Pan ocenia postawę rządu wobec frankowiczów?
M.G.: Niestety, postawa rządu przez długi czas była pasywna. Przez lata temat kredytów frankowych był traktowany jak gorący kartofel — każdy wiedział, że problem istnieje, ale nikt nie chciał się nim realnie zająć. Politycy bali się wejść w konflikt z silnym i wpływowym sektorem bankowym. Liczyły się sondaże i dobre relacje z rynkiem, a nie dramaty setek tysięcy polskich rodzin.
Dopiero kiedy sądy zaczęły masowo orzekać na korzyść kredytobiorców, polityczne kalkulacje zaczęły się zmieniać. Dziś widać większe zainteresowanie, czasem nawet deklaratywną chęć wsparcia, ale to wciąż są głównie półśrodki. Ładne słowa nie wystarczą, jeśli nie idą za nimi konkretne decyzje ustawodawcze, które realnie zmienią sytuację obywateli.
W tym kontekście z zainteresowaniem przyglądamy się procedowanemu obecnie projektowi tzw. ustawy frankowej. Jako Fundacja Na Rzecz Ochrony Konsumentów Życie Bez Kredytu aktywnie włączyliśmy się w konsultacje, przedstawiliśmy konkretne propozycje poprawek, które mają na celu zapewnienie rzeczywistej ochrony konsumentom i wyrównanie szans w starciu z dużymi instytucjami finansowymi. Liczymy, że nasze postulaty zostaną potraktowane poważnie — bo to jest moment próby: czy ta ustawa rzeczywiście będzie służyła obywatelom, czy znów zostanie rozwodniona pod dyktando lobby bankowego.
A przecież sytuacja jest już jednoznaczna. Tysiące prawomocnych wyroków jasno pokazały: te umowy były wadliwe, nieprzejrzyste, często wręcz sprzeczne z prawem. W takiej sytuacji państwo ma obowiązek stanąć po stronie obywatela, a nie dalej udawać neutralność.
Dlatego apelujemy: potrzebne są odważne, systemowe rozwiązania. Nie chodzi o „prezent” dla frankowiczów, jak próbują to przedstawiać niektóre środowiska bankowe. Chodzi o domknięcie wieloletniego kryzysu, który ciągnie się już ponad dekadę. I o pokazanie, że państwo nie boi się stanąć po stronie tych, którzy zostali skrzywdzeni – nie słowem, lecz konkretnym działaniem.
Fundacja Na Rzecz Ochrony Konsumentów ŻBK jest coraz bardziej widoczna w przestrzeni publicznej. Jakie są najbliższe cele?
M.G.: Po pierwsze — rozszerzenie wsparcia prawnego. Z każdym kolejnym wyrokiem wzrasta liczba osób, które szukają pomocy, bo wreszcie widzą, że walka z bankiem ma sens. Chcemy być dla nich przewodnikiem w tym procesie — od pierwszej analizy umowy po prawomocne orzeczenie i rozliczenie z bankiem.
Po drugie — obecnie skupiamy się intensywnie na przeciwdziałaniu nowej strategii banków, czyli toksycznej praktyce pozywania klientów w ramach tzw. SLAPP-ów. Banki, wykorzystując swoją przewagę instytucjonalną, grożą kontr-pozwami, co jest sytuacją absolutnie kuriozalną. Tocząc procesy z frankowiczami, wciąż uparcie twierdzą, że zawarte umowy są ważne i obowiązujące. Tymczasem, jednocześnie żądając zwrotu kapitału, same dają dowód, że dobrze wiedzą, iż te umowy w rzeczywistości są nieważne. To prawna schizofrenia w czystej postaci. Oczywiście, banki działają z pełną premedytacją — doskonale wiedzą, że mają inne, legalne sposoby rozliczenia kapitału, choćby przez potrącenie.
I wreszcie — edukacja. To kluczowe. Chcemy, żeby obywatele byli bardziej świadomi swoich praw, umieli czytać umowy, rozumieli ryzyka i wiedzieli, jak reagować, gdy czują, że coś jest nie tak. Sprawa frankowa nie jest jedyną — przed nami nowe produkty, nowe pokusy, nowe pułapki. Trzeba być przygotowanym, a my tę świadomość staramy się budować każdego dnia.
Jakie reakcje spotykają Pana na co dzień jako prezesa Fundacji?
M.G.: Zazwyczaj są one bardzo pozytywne – ciepłe słowa, wyrazy wdzięczności, poruszające historie ludzi, którzy dzięki wygranej w sądzie po raz pierwszy od lat mogli spokojnie zasnąć. To dodaje sił i motywuje do dalszego działania.
Jedno jest pewne: nie jesteśmy już niszą. Społeczność frankowiczów to dziś dobrze zorganizowany, silny ruch obywatelski. Coraz lepiej zorganizowany, coraz bardziej świadomy, coraz głośniejszy. I to się bankom nie podoba. Ale też coraz trudniej im zaprzeczać, że nas nie ma i że problem nie istnieje.
W jaki sposób zachęciłby Pan tych, którzy wciąż się wahają – nie złożyli pozwu, nie zgłosili się po pomoc?
M.G.: Powiedziałbym: rozumiem ten strach. Sam go czułem. Bo wizja stanięcia do walki z bankiem — dużą, bogatą instytucją — może przerażać. Ale dziś jesteśmy w zupełnie innym miejscu niż 10 czy nawet 5 lat temu. Mamy ugruntowaną linię orzeczniczą, mamy silne zaplecze prawne, mamy doświadczenie i realne sukcesy.
Najgorsze, co można zrobić, to nic nie zrobić. Czekać, aż coś się zmieni samo. Nie zmieni się. A bank nie odda pieniędzy z dobrej woli — trzeba je po prostu odzyskać. Każdy pozew to krok w stronę sprawiedliwości. Każda wygrana to nie tylko osobista ulga, ale też wzmocnienie całego środowiska. Im nas więcej, tym trudniej będzie bankom grać na czas, manipulować, zastraszać. Dlatego mówię jasno: nie jesteś sam. A jeśli nie dziś, to kiedy?
Na koniec: czy wierzy Pan, że banki kiedykolwiek przyznają się do winy?
M.G.: Być może nie zrobią tego dobrowolnie – ale prędzej czy później zostaną do tego zmuszone: przez prawo, przez kolejne wyroki sądów, przez nacisk opinii publicznej, która nie daje już sobą manipulować. Bardzo chciałbym, aby przyszedł taki moment, kiedy banki nie tylko oddadzą to, co bezprawnie zabrały, ale też staną w prawdzie. Przeproszą – za wyrządzone krzywdy, za lata milczenia, za systemowe nadużycia, które kosztowały ludzi zdrowie, rodziny, marzenia. Dopiero wtedy byśmy mogli mówić o pełnej sprawiedliwości.
Tymczasem nie możemy pozwolić, by zakrzykiwano nas propagandą. Nie możemy ulegać narracji, że Polacy pozywają banki, bo „nie lubią zwracać pożyczonych pieniędzy”. To kompletne odwracanie rzeczywistości. Banki doskonale wiedzą, że nie chodzi o emocje, tylko o fakty. O oszustwa, nadużycia i cyniczne praktyki.








